Idzie szósty rok od kiedy to się zdarzyło. Pamiętam dokładnie jakby to było wczoraj. Ten wypadek.... Było lato, do wakacji brakowało zaledwie kilku dni. Jechałem rowerem po chodniku. Z prawej podwórko, z lewej żywopłot, za nim ulica. Przede mną zakręt i...nagle...Nie mogę znaleźć hamulców. Autobus. Płaczę. Pełno ludzi wokół mnie. Nie czuję bólu, ale wiem, że coś mi się stało. Mój rower leży wykrzywiony pod pojazdem. Mdleję.
Jadę karetką pogotowia. Jestem w szpitalu. Czyszczą moją ranę jakimś brązowym płynem. O Boże jak to piecze. Znowu mdleję. Pamiętam jeszcze ten duży pędzel którym to robili.
Że też zachciało mi się brać wtedy rower. Miałam przecież niedaleko. Pamiętam że zastanawiałam się czy wziąć go czy nie. No cóż nie mogłam wtedy przewidzieć skutków.
Mam bardzo duży ubytek mięśnia w lewym udzie. Jest to bardzo widoczne i brzydkie. Mam teraz 14 lat i mimo czasu jaki upłynął od tego zdarzenia wciąż zadaję sobie pytanie: Czy los wynagrodzi mi ten ciągły strach o przyszłość, ten ból? Życie mnie wkurza. Nigdy nie miałam tego czego naprawdę pragnęłam.
Rodzice nigdy ze mną nie rozmawiali. Dobrze, że przynajmniej dużo czytam. To właśnie książki nauczyły mnie nie zgubić się w tłumie.
Kiedy leżałam w szpitalu Z bardzo gorąco wierzyłam w Boga. Teraz moja wiara już wygasła. Zbyt dużo cierpienia i łez jest w otaczającym nas świecie. A skoro "on" nas tak strasznie kocha
Kiedy leżałam w szpitalu Z bardzo gorąco wierzyłam w Boga. Teraz moja wiara już wygasła. Zbyt dużo cierpienia i łez jest w otaczającym nas świecie. A skoro "on" nas tak strasznie kocha